platforma blogowa portalu nowa trybuna opolska

Domowy chów dzieci

dsc01387- Wyobraź sobie, że niektóre angielskie dzieci w ogóle nie mają zimowych kurtek – zastrzeliła mnie kiedyś stwierdzeniem jedna moja angielsko – polska znajoma. Nie uwierzyłam za bardzo, więc zaczęła wyliczać. – Rano rodzice odwożą dziecko do szkoły, potem po nie przyjeżdżają i zabierają do domu. Gdy chcą odwiedzić znajomych lub kumpli, też wsiadają w samochód. Na podwórko sami nie wychodzą, większość czasu spędzają przed telewizorem lub komputerem to, po co im zimowe te kurtki?

Dalej nie wiem, jak się to ma do faktów niemniej jednak sami Brytyjczycy przyznają, że rośnie im tak zwane bawełniane pokolenie. Z badań, przeprowadzonych przez brytyjską organizację Natural England, zajmującą się ochroną środowiska wynika, że na 10 dzieci aż 9 nie bawi się na dworze. Nie potrafią wspinać się na drzewa, nie prowadzą wojen na błotne kulki i nie chlapią się w kałużach, choć akurat tej zabawie klimat bardzo sprzyja. Nie wynika to wcale z lenistwa i dostępu do takich cywilizacyjnych dobrodziejstw jak telewizja czy Internet. W większości jest to nadopiekuńczość rodziców, dla których nawet przydomowe ogródki nie są bezpiecznym miejscem do zabawy dziecka bez nadzoru. A gdy piszę, dziecka, nie myślę o nieporadnym trzylatku tylko pragnącym odrobiny niezależności dziewięcio, dziesięciolatku.

Rodzice chcieliby, ale się boją. Boją się obcych – w podtekście czytaj: pedofili, którymi są straszeni zewsząd. Boją się, że dziecko wpadnie pod samochód albo spotka je inna krzywda. Dlatego wolą trzymać pociechy w domu, bo opcja zabawy z dzieckiem na świeżym powietrzu nie jest dla rodziców kusząca. Może, raz na jakiś czas, czyli weekendowe wypady do lasu lub wspólne wycieczki rowerowe. Ale tak, na co dzień, to już niekoniecznie.

Ja mam zresztą podobne wspomnienia z londyńskich placów zabaw. Odwiedzając je regularnie często natykałam się tam właśnie na dzieci „nieangielskie”. Nie żeby małych Anglików nie było wcale, ale zwykle stanowili połowę albo byli w mniejszość bawiących się maluchów.

Anglicy mają do natury stosunek ambiwalentny, przyznam. Mieszkając niedaleko Eping Forest, starego i pięknego lasu na obrzeżach Londynu, często widywałam tam tłumy spacerowiczów i innych odkrywców natury. Penetrowali leśne ostępy na piechotę, rowerami, czasami na koniach… Z drugiej strony jednak Brytyjczyk, na przykład na wakacjach, woli basen od morza czy jeziora. Z opowieści znajomych Anglików wynikało, że wakacje w Hiszpanii czy Portugalii to dla nich słońce i basen, nawet jak mieszkali w nadmorskich miejscowościach a do morza było zaledwie kilkaset metrów. Słońce, basen i … bar, ale to już temat na inną opowieść.

Wracając do angielskich „bawełnianych” dzieciaków, cytowane powyżej stowarzyszenie Natural England chce je wygonić z domówi i wypuścić na łąki, by pobiegały za latawcami. Wygonić na farmy, by nie twierdziły, że mleko to woda zabawiona na biało a chleb rośnie w bochenkach. Do rezerwatów zwierząt, by zobaczyły, że lisy to nie tylko miejskie szkodniki, żerujące w śmieciach i że w naturze istnieją inne ptaki niż karmione chlebem miejski gołębie.

Ciekawe, czy polskie dzieciaki z dużych miast mają podobne doświadczenia? Bo u Zuzi, w naszym wiejskim przedszkolu, w piątek dzieciaki bawiły się z malutkim jeżem, który zawędrował na ich podwórko a dzisiaj rano wypuściły hodowaną od kilku tygodni ćmę.

Komentarze (5) do “Domowy chów dzieci”

  1. Anna napisał(a):

    To, ze w Londynie spory procent dzieci to dzieci nieangielskie, wynika po prostu z faktu, ze wg danych z ostatniego cenzusu, 32% mieszkajacych w Londynie ludzi stanowia nietubylcy (a 45% calej populacji mniejszosci etnicznych w UK mieszka w Londynie i okolicach). U mnie na placu zabaw procent dzieci tubylczych to czesto 100% (wliczam moje dziecko, gdyz ma tate Anglika i tu sie urodzilo). Dzieci znajomych Anglikow hasaja po ogrodkach i placach zabaw, ale mieszkamy w miejscu uznanym oficjalnie za ‘the best place to live in the UK’ , wsrod ludzi, ktorzy jezdza na wakacje do Kornwalli, a nie na Majorke.
    Poza tym, czy w Pl sa specjalne gospodarstwa dla dzieci? Tu jest takich wiele, mozna dziecko zabrac na caly dzien, mozna tam karmic jagnieta butelka, potrzymac w reku kurczaczka, obejrzec z bliska inne zwierzeta itd. To nie jest agroturystyka, lecz miejsce, do ktorego mozna zabrac dziecko na pare godzin.

  2. janciazmrowiska napisał(a):

    Cóż… u nas (duże miasto) pełno dzieci na placach zabaw… ale pod nadzorem… raczej i tutaj chyba ludzie zaczynają bać się wypuszczać dzieci samopas… sama nawet 10-latka bałabym się samego puścić na dalsze “łowy”… ale to nie znaczy, że dzieci siedzą w domach – i tu się różnimy od Anglików chyba – bo Polak weźmie pod pachę dziecko i pójdzie z nim świat zwiedzać… każdego dnia od nowa… My z malizną zazwyczaj wychodzimy codziennie gdzieś… przynajmniej na tą godzinkę, dwie…

  3. Oscar napisał(a):

    Dzieci bawiły się jeżem? Przecież w UK, żeby do tego doszło, potrzebne byłyby rękawice i odblaskowa kamizelka! I kask ochronny. I nadzór weterynarza (z councilu, nie jakiegoś prywatnego). I zezwolenie National Trust oraz English Heritage. I jeszcze parę innych drobiazgów, o których zapomniałem.

  4. Anna napisał(a):

    Przesadzacie. Kiedy bylismy na wystawie rolniczej New Forest Show, na jednym stoisku zbierano datki dla schroniska dla jezy (hedgehog sanctuary), gdzie dzieci mogly dotykac jeze.

  5. rainf0rest napisał(a):

    a ja rozumiem ironie Oscara i moge potwierdzic ten trend rowniez w DE.

    Z urlopow “plazowych” tez pamietam, jak to nadziwic nie moglam, ze niemcy zalegaja (i kloca sie z Anglikami o lezaki) nad basenem majac pod bokiem plaze i morze.

    poza tym Majorka jest bardzo piekna. nie trzeba koniecznie mieszkac w betonowym wiezowcu nad morzem i wieczorki zapijac piwem;-)